Forum  Strona Główna  

 


Forum Strona Główna -> Opowiadania własne / +18 -> [M] Obrazy + Podróż sentymentalna +18
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
  Post [M] Obrazy + Podróż sentymentalna +18 - Wysłany: Czw 19:20, 03 Maj 2012  
An-Nah
Komentator Miesiąca
Komentator Miesiąca



Dołączył: 28 Kwi 2012
Posty: 107
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: ogólnopolska stolica mHroCku
Płeć: Kobieta


Tytuł: "Obrazy"; "Podróż sentymentalna"
Gatunek: romans, fantastyka
Opis: O pożądaniu, które przetrwało trzynaście lat. O zamykaniu starych spraw, leczeniu starych ran i wycieczce do onsenu na dobry początek nowego związku.
Rating: 18+
Ostrzeżenia: Seks. Odwołania do przemocy, tortur i śmierci.
Uwagi: Tekst jest wyrwany z kontekstu i napisany dla czystej radości opisania tych chwil z życia postaci. Świat nie należy do mnie, jest światem systemu RPG - ale nie uważam tego za fanfik, bo i postaci, i dobre 90% fabuły należą do mnie. Znajomość realiów nie jest obowiązkowa. Powiedzmy, że to takie obrazki z życia i historii dwóch panów o nadnaturalnych zdolnościach...
O tych bohaterach napisałam jeszcze trzy teksty, ale jeden jest crossoverofanfikiem, a dwa pozostałe skupiają się na innych sprawach, niż związek bohaterów. Ale jeśli będzie zainteresowanie, chętnie się podzielę Smile
Poza tym inne wersje tych bohaterów, umieszczone w innych realiach, wykorzystałam w opowiadaniu, już 100% autorskim, które ukazało się w antologii "Maski" z TCD



OBRAZY


RAVEN

To są obrazy, które wryły się Ravenowi w pamięć, a teraz nakładają się na siebie, nierozerwalne, zawsze obecne na dźwięk jednego imienia.
Onimura Shinsuke.
Onimura Shinsuke w zaułku, poszarpane, okaleczone ciało, po którym ledwo co można poznać płeć, wieku i rysów twarzy – w ogóle. Ochłap mięsa, ledwo co przypominający ludzką istotę. I tylko oko, jedyne ocalałe, wpatrujące się w Ravena z uporem, z wolą życia, która wręcz przeraża, zważywszy na stan nieszczęsnego ciała. Wola życia tak przytłaczająca, że nie można zrobić nic innego, jak tylko próbować desperackiego ratunku.
Onimura Shinsuke stojący w łazience, przypatrujący się swojej własnej twarzy – nowej skórze, bladej niczym ściana. Piękny wykrój czarnych, orientalnych oczu, kształtna czaszka, na której zaczynają odrastać ciemne włosy. Piękna, niemalże kobieca twarz i delikatne, długopalce dłonie. Nóż w jednej z nich, krew kapiąca do umywalki. Onimura Shinsuke przyglądający się kroplom własnej krwi, nie dostrzegający intruza, dopóki ten się nie odezwie. Odwraca się wtedy z niewiarygodną gracją i spogląda na Ravena wzrokiem, który przez kolejne dwanaście lat ma być nieodgadniony. Pyta, w jaki inny sposób, niż czując, że krwawi, ma poczuć, że żyje. A gdy Raven nie znajduje odpowiedzi, Shinsuke udziela jej im obu.
Onimura Shinsuke na procesie – na pozór nie do poznania. Pochylony, unikający ludzkiego wzroku, długie włosy zasłaniają jego twarz. Są, co Raven stwierdza ze zdziwieniem, białe. Podobnie białe jest jego ubranie i białe jak kość są splecione dłonie. Raven pamięta te dłonie – ich chwyt na swoim nadgarstku, dotyk na swojej klatce piersiowej. Pamięta rozpiętość ramion ukrytych pod białą jukatą. Pamięta ciężar ciała Shinsuke na swoich plecach. Czuje dreszcz, kiedy twarz Shinsuke obraca się w jego stronę – biała maska z czarnymi otworami oczu i ciemnymi plamami namalowanymi ponad wygolonymi łukami brwiowymi. Twarz upiora, nie żywego człowieka. Biel na dalekim wschodzie to barwa żałoby. Kolor kości. Głos składający zeznania jest cichy, przywodzi na myśl powiew lodowatego wiatru. Raven wzdryga się. Jego ciało pamięta, ale to... to nie człowiek, to coś obcego, od Shinsuke wieje chłodem. Wiało już wtedy, oczywiście, zawrócony z granicy między życiem, a śmiercią przesiąkł zimnem zaświatów, ale żeby przylgnęło ono do niego aż tak bardzo? Czy nie po to, by się go pozbyć, czy nie po to wtedy... A teraz ta kościana twarz, kościane ręce, chłód i zero słów, spojrzenie bez znaczenia. To co było między nami, Ravenie, nie miało znaczenia. Nie pomogło mi. Nie znaczysz dla mnie nic a nic.
Onimura Shinsuke w tej samej pozie, ze splecionymi dłońmi, pochyloną głową. Przez dziesięć lat nie zmienił się, zamarznięty w kokonie własnej skazy. Dziesięć lat bycia rzeźbą z kości – dla Ravena to niewyobrażalne. I trudno mu uwierzyć też, że ze wszystkich ludzi na całym świecie to akurat musi być Shinsuke. Czy to los zakpił z nich? Mają współpracować – czy to ironia czy przeznaczenie? Raven wpatruje się w białą sylwetkę, która unosi wzrok i spogląda nieodgadnionymi oczyma. Zero zaskoczenia, zero współczucia. Nic.
Onimura Shinsuke siedzący na piętach, na japońską modłę, perfekcyjny i nieskazitelny jak czarka z białej porcelany, którą trzyma w porcelanowo białych dłoniach. Może, myśli Raven, kontemplując piękny profil, to nie kość, a porcelana? W tle papierowy parawan malowany w żurawie i sosny, z drugiej strony – japoński ogród. Szum wody i miarowy stukot bambusowej rynienki. Zielona herbata faluje wewnątrz czarki, ogrzewa palce. Pachnie dziwnie, niepodobnie do niczego, co Raven dotąd pił. Shinsuke nachyla się, zanurza wargi w herbacie. Jest piękny. Raven znów czuje skurcz i przypomina sobie jego zapach i dotyk. Dziesięć lat. Po dziesięciu latach nadal je pamięta, choć zapomniał imiona mężczyzn i kobiet, z którymi spał w międzyczasie. Tylko dwie osoby pamięta w ten sposób. Karen – bo była jego żoną, kobietą, którą kochał najbardziej na świecie. Shinsuke... bo był pierwszym mężczyzną, z którym Raven spał? Czy przez tę desperację w czarnych, skośnych oczach, desperację w kurczowym chwycie smukłych palców, desperację w każdym ruchu... ciężar jego ciała na plecach... Jak Raven ma powiedzieć teraz cokolwiek? Odważył się podejść do tej zimnej rzeźby z kości, nie dlatego, że chciał seksu, ale żeby dowiedzieć się. Minęło tyle lat, tyle mogło się zmienić... A teraz, patrząc na białą sylwetkę pochyloną nad herbatą, Raven czuje, że jego ciało pamięta o wiele więcej, niżby pragnął. Potem, wieczorem, wymyka się z dojo, czując się koszmarnie – ta gościnność, której udzielił mu Shinsuke jest w końcu czymś nadzwyczajnym, bezcennym... Raven nie może jednak wytrzymać – pożądanie wraca falami, pomimo wszelkich starań. Grozi utopieniem. Raven znajduje właściwy klub. Jeden drink i drugi, kilka następnych w towarzystwie jakiegoś młodzieńca. Półpijany, Raven dociera do „hotelu miłości”. Kiczowaty wystrój niemal budzi w nim śmiech, lecz to ma mniejsze znaczenie, niż fakt, że chłopak ma delikatną twarz i długie, miękkie włosy. W orgazmicznym spazmie Raven niemal nazywa przypadkowego kochanka cudzym imieniem. To nie powinno się było zdarzyć, to nie zdarzyło się nigdy dotąd, przez całe dziesięć lat... Wracając do domu swojego gospodarza nad ranem, Raven czuje się koszmarnie.
Onimura Shinsuke na brzegu fontanny, za nim pióropusz wody, nad nim granat nieba. Białe włosy i białe ubranie odcinają się od nocnego mroku. Miasto pogrążyło się we śnie i Ravenowi wydaje się, że tylko oni dwaj na całym świecie są żywi. Przełyka ślinę – irracjonalnie nieśmiały. Jak przełamać taką barierę? Ale przecież, nie można pozwolić, by trwała w nieskończoność... Przysuwa się więc, zbliża twarz do białego profilu, szuka wargami ust. Znajduje jedynie powietrze. Shinsuke odsuwa się, spogląda swoim nieodgadnionym wzrokiem – on, który z czasem nauczył się zdejmować śmiertelną maskę, otwierać przed przyjacielem, ucieka, gdy przyjaciel próbuje zbliżyć się bardziej. Kręci głową i po raz pierwszy nazywa Ravena jego prawdziwym imieniem. Co robisz, Esteban? Nie mówi nic więcej. Co robisz, Esteban. Raven milczy i odsuwa się. Nigdy więcej – obiecuje sobie.
Onimura Shinsuke rozbierający się wolno, mechanicznie. Na oczach Ryana Shade i Szymona Kubiaka – to beznamiętna prezentacja, nic ponad to. Raven, który od dawna widział Shina tylko ubranego, przygląda się zainteresowaniem, próbując zapomnieć własne pożądanie – nie, jedynie sen o pożądaniu. Poraża aseksualizm tych ruchów, aseksualizm pięknego ciała ukrytego pod białym ubraniem. Sylwetka Shinsuke zapiera Ravenowi dech w piersiach – smukła, z lekko zaznaczonymi mięśniami, z elegancko przewężoną talią i lekko rozszerzonymi biodrami – odrobinę kobieca, tak, jak delikatna twarz. I blizny, blizny wszędzie, każda jest świadectwem jednej zadanej rany, każda przypomina Ravenowi o krwawym strzępie ciała, znalezionym przez Karen w alejce. Shinsuke nie patrzy – nie na niego. Zachowuje się, jakby Ravena tam nie było, rozmawia tylko z Ryanem i z Szymonem. Oni mają widzieć. Oni mają wiedzieć. Raven czuje się kimś obcym, choć wie, że w jakiś sposób bliższy jest Shinsuke bardziej, niż ktokolwiek.
A teraz Raven czuje, jak Onimura Shinsuke ściska jego dłoń. Kurczowo i bezwzględnie. Jak przed dwunastu laty. Jak przed kilku godzinami, gdy Raven był martwy. Coś w Ravenie martwe jest nadal i Raven czuje, jak jego własna skaza śmierci zamraża go pomału. Pamięta ból zmiażdżonych wnętrzności i to wrażenie, które najłatwiej opisać jak światło na końcu tunelu. Pamięta głos wołający go z zewnątrz, z prawdziwego świata. Po imieniu.
Shinsuke nadal trzyma jego rękę. Unosi ją – do ust. Raven czuje dotyk warg na wnętrzu dłoni, na nadgarstku. Miękki. Ciepły. Usta Shinsuke są z ciała, nie z porcelany, nie z kości. Białowłosa głowa nachyla się, język przesuwa pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym. Ciałem Ravena wstrząsa dreszcz. Pożądanie tłumione przez ostatnie dwa lata wybucha znowu, zbiega w dół kręgosłupa, wstrząsa podbrzuszem. Raven przełyka ślinę. Wie, że powinien coś powiedzieć – nie może. Widzi, jak twarz Shinsuke unosi się – nadal biała i pozbawiona brwi, już bez namalowanych na czole plam, obca i gładka, piękna jak zawsze. Pocałunek jest delikatny, brak mu desperacji tego sprzed dwunastu lat. Raven czuje w nim pytanie, niepewność.
Wykorzystałem cię, odrzuciłem cię, możesz teraz zrobić ze mną to samo, ale nie chce tego.
Kilka godzin temu Raven był martwy. Jego narządy wewnętrzne zostały zmiażdżone. To był moment, lecz dla Ravena było to jak wieczność. Zabili go szybko – Karen zabijali godzinami, a i tak można powiedzieć, że miała szybką śmierć. Mogliby zabijać ją całe miesiące, tak, jak próbowali zabić Shinsuke.
Śmierć i ból tkwią pod czaszką. Świadomość tego, że było się martwym. Ale ciało żyje. Reaguje na pocałunek, mocniejszy, głębszy. Raven czuje, że jego ubranie staje się niewygodne. Reaguje instynktownie. Wpija sie w wargi Shinsuke, niemal do bólu, z głodem dwunastu lat pustki, wypełnionej tylko przez przypadkowych kochanków. Wsuwa palce pod biała jukatę, wyszukując strukturę mięśni, stwardnienia blizn. Chciałby dotknąć ustami każdej z nich, ale nie umie teraz zwolnić, jego palce gorączkowo ściągają z Shinsuke ubranie. Nadal czuje, że powinien coś powiedzieć – gdy jego wargi znajdują się tuż przy uchu Shinsuke, klatka piersiowa ociera się o łopatki. Nie może. Słowa umarły w nim, zbyt szybki oddech zmienia je w charkot. Gwałtowne ruchy wywołują bolesny skurcz niezaleczonych do końca narządów, ale nie ma już odwrotu. Ciało Shinsuke odpowiada, wyginając się, wypychając w górę biodra. Zjawiskowo piękne, niesamowite. Raven odgarnia białe włosy, całuje biały kark, wbija paznokcie w boki. Ból przeszywa go – opłata za gwałtowność tej namiętności. Ból i rozkosz to świadectwa życia.
Onimura Shinsuke leżący na brzuchu, elegancka linia ramion, kręgosłupa i pośladków, skóra zroszona potem i przyśpieszony oddech. Palce wczepione w prześcieradło, usta duszące krzyk poduszką. Życie wypełniające kościaną rzeźbę, cierpka herbata falująca wewnątrz porcelanowej czarki.

SHIN

Poranek w tym miejscu jest gorący, nawet chłód kamiennych ścian tego nie zmieni. Łóżko przystosowane dla jednej osoby zaś jest zbyt ciasne dla dwóch i Shin budzi się spocony. Czuje się dziwnie – nie nawykł spać opleciony czyimiś ramionami, zaborczymi, przyciągającymi do siebie.
Wyplątuje się ostrożnie. Jego towarzysz wzdycha przez sen i obraca się na plecy. Shin przystaje, wpatrzony w rozciągnięte na łóżku ciało. Trudno mu w to wszystko uwierzyć i trudno nie patrzeć, nie kontemplować. Nie przypuszczał nigdy, że dojdzie do takiego momentu. Siada na brzegu łóżka, unosi dłoń, wahając się, czy dotknąć unoszącej się delikatnie klatki piersiowej, przesunąć palcami po ciemnym paśmie włosów, biegnącym przez tors do podbrzusza, pogładzić ramię lub udo. Ten moment jest jak ze snu. Shinowi trudno uwierzyć, że to właśnie ten mężczyzna leży przy nim, nagi i uśpiony, choć przecież nie mógłby być to nikt inny. Los poprowadził ich obu przedziwną zaiste drogą.
Poznał tego mężczyznę, Ravena, przed dwunastu laty. Pamięta to doskonale – własne odbicie, obce, twarz innej osoby. Nowa skóra, biała jak papier, włosy ledwo co odrastające na czaszce. Własną dłoń, poruszającą się niemal mechanicznie, sploty żył pod cienką skórą. Pamięta ból – nic nie znaczący wobec niekończącego się bólu, którego doświadczył wcześniej. Krew spływającą do umywalki. Krwawię, żyję. To moja dłoń, moja skóra, moja krew...
I wtedy słyszy głos za plecami, głos, który zna, ale którego nie może zidentyfikować. Obraca się. Widzi mężczyznę, który go ponoć znalazł. Nazywają go Raven – tyle wie. Mężczyzna nie rzuca się w oczy – przeciętny z twarzy, przeciętny z budowy, tylko kolczyk w brwi i półdługie włosy mogłyby jakoś go wyróżniać. Nic nie znaczący, nieważny.
Shin wie, że powinien mu podziękować, za uratowanie życia. To obowiązek. Ale ten człowiek zachowuje się jak impertynent, pytając, czemu Shin to robi. Nie rozumie, głupiec, że kiedy zostało się zawróconym z progu śmierci, trzeba udowodnić sobie, że się nadal żyje.
Więc Shin podchodzi, zmuszając Ravena do wycofania się do pokoju.
- Jak w inny sposób mogę udowodnić sobie, że żyję? – pyta.
Ravenowi brak odpowiedzi. Shin uśmiecha się. Zna sposób, wie czego chce teraz. Postanawia zaryzykować. Zbliża się do Ravena i całuje go. Raven nie atakuje ani nie ucieka. Odpowiada. Godzinę później Shin każe mu odejść i jest przekonany, że nie zobaczą się już więcej.
Shin kręci głową. Mylił się, oczywiście, ale cieszy się, że się mylił. Wtedy, dwanaście lat temu zrobił coś niewyobrażalnie okropnego, ale dowiedział się o tym dopiero na drugi dzień.
To nie Raven go znalazł, lecz jego żona. Zabili ją za to, nie mogąc dostać samego Ravena. Shin słysząc to, czuje, jakby rozpadał się na kawałki. Wydaje się sobie obrzydliwy. Pozbawić kogoś ukochanej osoby, a potem wykorzystać go w tak ohydny sposób... Wie, że będzie musiał ponieść konsekwencje swojego czynu.
Shin jest martwy, do połowy martwy. Nie może być inaczej. Blizny na jego ciele i duszy, ślady przebytych tortur, mają być świadectwem. Tak długo, jak długo żyją ci, którzy to uczynili, Shin będzie nosić tę skazę. Nie ma innej drogi.
Na procesie zjawia się odziany w biel. Patrzą na niego bez zrozumienia, mało kto z nich jest świadom, że biel dla Azjaty jest kolorem żałoby. Nie obchodzi go to. Z pewną satysfakcją patrzy, jak cofają się, odpychani jego ciemną aurą. Zeznaje cichym głosem – szept wszedł mu w nawyk. Zeznaje bez złości i pragnienia zemsty, mówi prawdę. Oskarżona dziewczyna patrzy na niego z lękiem. Ten sam lęk widział Shin w jej oczach, kiedy zrywała z niego skórę. Współczuje jej – ona sama jest ofiarą. Nie zasłużyła na wyrok, który chcą wydać. Wie, że musi jej bronić, że zasłużyła na lepszy los, niż śmierć lub unicestwienie duszy.
Czuje, że obserwują go czyjeś oczy. Spogląda w tamtą stronę, najpierw zza bezpiecznej zasłony własnych włosów. Dostrzega Ravena – odrobinę chyba szczuplejszego niż ostatnim razem. Mógł się spodziewać, że tak będzie, że Raven przyjdzie mówić o śmierci Karen. Unosi głowę, spogląda na mężczyznę po raz drugi i widzi, jak Raven wzdryga się, przerażony jego twarzą. Nie tego się spodziewałeś, prawda? Nie bladej twarzy-maski i aury zimnej jak same zaświaty. Teraz myślisz, że tamten stosunek nie miał znaczenia. I dobrze. Nienawidź mnie, zasłużyłem na to.
Dziesięć lat mija szybko – samotność i bezustanne zimno nużą. Shin ratuje się, budując wokół siebie harmonię. Wyważone piękno azjatyckiego ogrodu daje ukojenie. Towarzystwo Inari, a potem, nieoczekiwanie, Yoshiego, pomaga. Ale Shin nie może iść do przodu, zamarza. Słyszy, jak mówią o nim za jego plecami: Oni-no-Shin. Żyje na uboczu. Wie, że niektórzy nienawidzą go – za obronę tamtej dziewczyny. A mimo to po dziesięciu latach nagle dostaje zlecenie. Przyjmuje je, to jego obowiązek – ale widząc, z kim ma pracować, przez moment pragnie uciec.
Raven wygląda inaczej – zdecydowanie stracił na wadze i nie garbi się już. Uśmiecha się do niego – Shin stwierdza, że jego uśmiech jest nadzwyczaj piękny – bez wyrzutów, z sympatią.
- Onimura Shinsuke – mówi, wyciągając dłoń. – Cieszę się, że pana widzę. Powinienem był wcześniej próbować nawiązać kontakt, ale cóż... nie wiedziałem, czy pan tego chce.
Shin unika uścisku dłoni, skłania się tylko po japońsku.
Nie rozumie Ravena. Nie rozumie, jak Raven może traktować go w ten sposób – jakby nic się nie stało, ze szczerą sympatią i zainteresowaniem. Im bardziej Raven próbuje się zbliżyć, tym bardziej Shin ucieka, ale nie może, nie może uciec za daleko. Zbyt dobrze czuje się, pomimo poczucia winy, w obecności Ravena, przy jego bezinteresownej sympatii. I w końcu nie ma wyjścia, zaprasza go do siebie. To jak pieczęć na przyjaźni. Przynosi ulgę. Raven wybaczył.
Wie, że Raven ma swoje życie seksualne – to go nie dziwi. Za pierwszym razem Raven wymyka się nocą z jego dojo, wraca nad ranem, pachnąc obcym ciałem. Shin zastanawia się przez chwilę, mężczyzna czy kobieta? Pewnie kobieta. A zresztą, po co się zastanawiać? Pokazali sobie, że tamten epizod nie ma już znaczenia.
Ale wkrótce Shin przekonuje się, jak bardzo się myli. Raven proponuje sparring – walkę treningową. Shin zgadza się, nieopatrznie. Powinien tego nie robić... Ale Raven już zdejmuje koszulę, naturalny gest, pozbawiony jakiegokolwiek podtekstu, a Shin nie może nie patrzeć. Dziesięć lat temu Raven miał w sobie coś bezkształtnego, za dużo tłuszczu – teraz wszystko wygląda inaczej – ramiona, tors i brzuch mężczyzny pokrywają twarde mięśnie. Raven jest sprawny fizycznie, silny – walka trwa chwilę, nim Shinowi udaje się przewrócić go na matę. Widzi krople potu na jego ciele, czuje jego zapach, ostry, drażniący. Gdyby nieprzyjemny – ale za dobrze pamięta jego smak.
Bez seksu można żyć – walka może rozładować napięcie, medytacja przynosi ukojenie. Naturalne pragnienia ciała można poskromić. Ale zapach potu tego mężczyzny budzi je nieoczekiwanie. Czy seks między mężczyznami nie jest jak walka? Czy walka nie jest jak seks? Shin widzi ciało Ravena pod sobą i czuje podniecenie. Nie wie, czemu to akurat ten mężczyzna działa na niego w ten sposób. Wycofuje się, nim Raven się spostrzeże. Wie, że nawet gdyby to było możliwe, nie powinien. Seks odwróciłby jego uwagę od ważniejszych rzeczy. Tak długo, jak długo ci, którzy go okaleczyli pozostają bezkarni, Shin ma zachowywać ascezę.
Ale to nie było łatwe – myśli Shin, a jego palce bezwiednie dotykają piersi uśpionego Ravena. Może w jakiś sposób było nam to pisane? Nasza karma zaprowadziła nas aż tutaj.
Jak to się stało, że nagle są nierozłączni? Sypiają w jednym pokoju hotelowym i wszędzie chodzą razem. Pozostali przywykli, choć są tacy, którzy koso patrzą na tę niecodzienną znajomość. Klątwa dwóch przeciwnych frakcji. Ale frakcja Shina jego samego traktuje jak pariasa. Shin zostaje wyrzucony poza nawias i jedyne, co go w tym martwi, to ewentualny los Yoshiego. On sam jednak może być Oni-no-Shinem, choć czasem puszczają nerwy i gdy mistrz Cheng zaczyna robić aluzję tak do niepokojącej aury, jak i do kobiecej urody Shina, Shin pokazuje, na co stać takiego zniewieściałego półtrupa jak on. Jednym ciosem gruchoce nos zaskoczonego Chenga, a potem uśmiecha się tylko, widząc cieknącą krew.
- Masz wroga – mówi Raven.
Shin wzrusza ramionami. Nie pierwszego, nie ostatniego. Może mieć całe hordy wrogów – nieistotne, tak długo, jak długo ma przyjaciela, na którym może polegać.
Opuszcza gardę. Raven, z jego przyjaznym uśmiechem i ciepłym spojrzeniem jest zbyt przekonujący, by mu nie ufać. Za otwarty – czasem potrafi chodzić po hotelowym apartamencie albo i własnym domu Shina owinięty jedynie w ręcznik. Bez podtekstów, oczywiście, jego naturalność jest czymś niewiarygodnie bliskim. Ale Shin przyłapuje się na spojrzeniach, których nie powinien rzucać. Niewiele brakuje by dystans między nimi zmalał. Granicę trzeba ciągle wyznaczać na nowo.
Niemal łamią ją, gdy Raven zjawia się kiedyś u niego zdenerwowany i spięty, a Shin nieopatrznie proponuje mu masaż. Pozwala sobie dotykać barków i ramion przyjaciela, rozciera palcami napięte mięśnie, a Raven rozluźnia się powoli. W pewnym momencie Shin dostrzega wybrzuszenie w jego spodniach i sam czuje skurcz. Nie. Nie wolno. Nie można. Kończy masaż szybciej, niż planował, udając, że nic się nie stało, że niczego nie zauważył. Ale tego dnia po raz pierwszy od dawna nie umie poradzić sobie za pomocą medytacji i pozwala sobie na masturbację. Płacze, dochodząc.
A niecałe dwa tygodnie później Raven próbuje go pocałować. Siedzą na brzegu fontanny, powinni iść już do hotelu, ale noc jest piękna, a im jest po prostu dobrze w swoim towarzystwie. I nagle to. Raven wygląda trochę jak pensjonarka – zarumieniony i nieśmiały, niepodobne do niego, ale czy to nie Shin doprowadził go do takiego stanu? Widzi usta przyjaciela zbliżające się do niego i musi się odsunąć.
- Co robisz, Esteban? – pyta, nadając swojemu głosowi największą możliwą szorstkość.
Powinien teraz uciec. Powinien to zostawić. Nie może.
Shin nachyla się, opierając dłoń na udzie swojego kochanka. Drugą ręką wolno gładzi jego członek, a potem obejmuje go wargami. Ciągle uśpiony Raven wydaje z siebie krótki jęk. Shin palcami odsuwa napletek, obwodzi językiem żołądź, przyciska lekko jej czubek. Penis unosi się i napręża, pobudzony pieszczotą, a jego właściciel wygina ciało i otwiera oczy. Shin wie, że Raven podnosi się, ale nie przerywa nawet wtedy, gdy czuje palce wplątujące się w jego włosy i słyszy głos wymawiający jego imię. Przenosi usta niżej, ssąc skórę moszny, dwa palce wsuwa w ciało kochanka, powodując kolejny jęk. Raven rozsuwa nogi i unosi biodra, a Shin czuje, że pożąda go do szaleństwa. Klęka pomiędzy jego udami i wchodzi w niego, ostrożnie, pamiętając, że jego przyjaciel wciąż nie jest do końca zdrowy.
Poprzedniego wieczora kochają sie po raz pierwszy od tamtego desperackiego czynu sprzed dwunastu lat – z tak niesamowitą czułością i namiętnością, że w chwili orgazmu, słysząc swoje imię, Shin myśli, że umrą obaj z rozkoszy. To byłby piękny finał, czyż nie?
Ale żyją obaj, za bardzo chcą żyć. Raven wysuwa sie z niego, z jękiem opada na materac. Krzywi się z bólu, trzyma za bok. Shin przypomina sobie tę scenę sprzed niecałej doby – Ravena nagle zgiętego w pół, upadającego na posadzkę. Czar Bayara, przeklętego sukinsyna, miażdży mu wnętrzności. Shin krzyczy, wyskakując w górę, uderzając kataną. Głowa Bayara odskakuje, przez chwilę tylko utrzymuje się na cienkim płacie skóry, nim odrywa się i toczy po podłodze. Raven leży jednak na ziemi i umiera. Shin nie może mu pomóc, ma wiedzę, ale skaza śmierci nie pozwala użyć uzdrawiającej magii. Udaje mu sie tylko dopaść przyjaciela, nim nad ich głowami rozpętuje się piekło.
Raven jest piękny, gdy odgina ramiona w tył, chwytając nimi ramę łóżka, eksponując zagłębienia pach i napinając mięśnie torsu. Nieostrożny, zapomina o bólu. Shin zapomina o nim również, zatapiając się w ciele kochanka. Nachyla się, sięgając ustami ku muskularnemu brzuchowi. Jego włosy ocierają się o boki Ravena, który unosi nogi, zaplatając je w niemal akrobatyczny węzeł Shinowi na plecach.
Gdy wszystko się kończy, zostają tylko ciała na podłodze, plamy krwi i kościana maska, własność kobiety, która poświęciła się, by zamknąć portal. Jedno z ciał to Raven. Shin jeszcze nigdy dotąd nie czuł się tak bezradny. Pełne ciepła oczy patrzą w przestrzeń, twarz zastygła w grymasie bólu. Shin chce zabijać – ale nie ma już kogo. Potworna twierdza, w której kiedyś go więziono, teraz naprawdę jest twierdzą umarłych. Shin czuje łzy napływające do oczu. Czy po to tu przychodził?
- Esteban – szepce, tuląc głowę zabitego przyjaciela. – Proszę. Nie zostawiaj mnie.
Widział, że czasem można zawrócić z drogi w zaświaty, czemu nie teraz? Jeśli nie teraz, to kiedy?
- Proszę. Proszę, zrób coś – błaga pierwszą osobę, która się zbliża.
Czuje się bezradny i słaby i może tylko patrzeć na dłonie przesuwające się po ciele Ravena i przywracające je do życia i modlić się o powrót duszy. Niemal płacze, widząc, jak nieruchome oczy ożywają i patrzą na niego, pierwszy obraz, który Raven widzi po powrocie z zaświatów.
Raven krzyczy, na wpół z rozkoszy, na wpół z bólu. Rozluźnia chwyt rąk na ramie łóżka i nóg na krzyżach Shina. Z jego oczu ciekną łzy, ciało kuli się, od orgazmu przechodząc w cierpienie.
- Nierozsądny jesteś – mówi Shin.
Raven uśmiecha się przez te mimowolne łzy.
- To jednak była miła pobudka.
- Zapewne, gdybyś się tak nie napinał.
- Musiałbym zrezygnować... – Raven z jękiem podnosi się i obejmuje Shina ramieniem. – A, na Boga, za długo na to czekałem, żeby sobie odpuścić.
- Byłeś martwy.
- A ty właśnie wykorzystałeś rekonwalescenta. Jak się z tym czujesz?
- Parszywie.
Raven śmieje się.
- Zaraz poczujesz się lepiej – mówi i przyciąga Shina do siebie, do pocałunku.



PODRÓŻ SENTYMENTALNA

Pociąg jedzie niemal bezszelestnie. Cud japońskiej techniki. Wygodny, ogrzewany, nie pachnący absolutnie niczym. Sterylny jak laboratorium Technokraty.
Shinsuke siedzi przy Ravenie, wtulony w niego. Ravenowi na początku trudno było w to uwierzyć, ale nie protestował. Zaletą pierwszej klasy jest to, że poza nimi nie ma nikogo w przedziale i mogą spokojnie łamać społeczne tabu. Cholerni Japończycy i ich niechęć do publicznego okazywania sobie czułości... ale tu nie ma nikogo i Shin może przytulić się do kochanka i mogą razem patrzeć na przesuwający się za oknem krajobraz.
Kilka godzin temu wychodzą z mieszkania dawnego kochanka Shinsuke. Ryuuichi, porzucony przed trzynastu laty, teraz ma własne życie i z Shinem nie łączy go nic. Ale Shin chciał się z nim spotkać, przeprosić, wyjaśnić... To nie jest przyjemne spotkanie, ani trochę i obaj czują ulgę, gdy wychodzą z mieszkania Ryuuichiego. Ravenowi trudno sie przyznać, ale przez chwilę naprawdę bał się, że Shin chce go zostawić. To nie miało racjonalnych podstaw rzecz jasna, lecz i tak... Stoją więc na ulicy, wokół nich pada śnieg, a Shin pyta nagle:
- Mamy coś do zrobienia?
Raven zamyśla się.
- Zająć się szukaniem nowego domu.
- Coś pilniejszego. Stare sprawy do zamknięcia. Zwierzchnicy, przed którymi musimy się tłumaczyć...
- Nie, raczej nie.
- Czyli nam się nie spieszy?
- Nie.
- Doskonale. W takim razie, zostaw mnie samego na dwie godziny.
- Słucham?
- Zobaczysz. Przygotuję niespodziankę.
- Hmmm... Co zamierzamy zrobić?
- Zobaczymy się na stacji kolejowej za dwie godziny.
- Gdzie jedziemy?
- Zobaczysz. Powiedzmy, że to będzie nasza podróż poślubna.
Raven parska śmiechem.
- Czekaj, coś mnie chyba ominęło. Kiedy braliśmy ślub?
Shin chwyta jego dłoń, patrzy mu w oczy z absurdalną powagą.
- Estebanie Mendozo, ślubuję ci miłość aż do śmierci i spotkanie w następnym życiu.
Raven odchrząkuje, starając się zachować równą powagę.
- Shinsuke Onimuro, ślubuję ci miłość aż do śmierci i spotkanie w następnym życiu.
Obaj parskają śmiechem.
I teraz jadą, obserwując krajobraz za oknem, Japonię zimą, a Ravea zastanawia się, co planuje Shin.
- Tam – odzywa się Shin – jest moja dawna Sangha. Zaraz będzie dworzec, na którym się wysiada, żeby się tam dostać.
- Jedziemy tam?
- A chcesz?
- Chętnie.
- Nie boisz się stada wojowniczych mnichów, którzy rzucą się na ciebie?
- Zrobiliby to?
- Obronię cię – mruczy Sin do ucha kochankowi. – W sumie sam chcę tam wysiąść.
- Ciąg dalszy sentymentalnej podróży... Czy liczysz na to, że spotkasz swojego pierwszego?
Pierwsze doświadczenia seksualne Shinsuke przeżył z rok starszym chłopcem z klasztoru – obaj zostali za to surowo ukarani.
- Nie, daj spokój. Ale z mistrzynią Akiko chętnie się zobaczę, jeśli nadal żyje.
- Będzie chciała ogolić ci głowę i zatrzymać, zobaczysz – mamroce Raven, ubierając płaszcz i owijając szyję szalikiem.
Pada śnieg. Niewielka jego warstewka leży na peronie, mokra i śliska, Raven niemal potyka się i klnie pod nosem. Co za pomysł, zabrać eleganckie buty. Chciał wystraszyć byłego swojego kochanka? Najwyraźniej...
Ruszają obaj – przez miasteczko i dalej, w stronę buddyjskiego klasztoru. To jak terytorium wroga – przemyka Ravenowi przez głowę. Naruszam świętość miejsca skupienia innej Tradycji. Zatrzymuje się, patrząc na sanghę – bardziej średniowieczny japoński zamek zawieszony na skale, niż zwykły buddyjski klasztor. Warownia, obsadzona nie przez samurajów, a przez mnichów-wojowników-magów. Przed kim musieli się kiedyś bronić?
- Chodź – Shin chwyta go za rękę, ciągnie za sobą – Nic ci nie zrobią.
Dziwne miejsce. Obce terytorium. Raven czuje się jak intruz, ale Shin jest pewny siebie. Jeden z mnichów – och, ja podobni są do siebie, wszyscy ubrani na pomarańczowo, z ogolonymi głowami, różnią się jedynie wiekiem, Shin też tak kiedyś wyglądał – prowadzi ich do przełożonej klasztoru – starej kobiety o twarzy pomarszczonej jak rodzynka. To nietypowe dla buddyzmu – koedukacyjny klasztor, ale widać Bractwo Akashic to praktykuje.
Shin skłania się przed kobietą, głęboko, z największym szacunkiem. Ta przypatruje mu się z niedowierzaniem.
- Onimura Shinsuke.
- Tak, Akiko-sama.
- Słyszałam, co się z tobą działo, ale nie spodziewałam się twojej wizyty.
- Jestem wolny, jak widzisz, Akiko-sama.
- Widzę. Usiądź. Usiądźcie – kobieta zerka na Ravena. Nie jest niepokojąca jak Won Mei Chen ani irytująca jak Fei Cheng. Tchnie spokojem. Jak stary Eutanatos – myśli Raven zaskoczony. Jak Agni Nagendra albo Senex. – obaj. Jestem Fujiwara Akiko – skłania się przed Ravenem.
- Esteban Mendoza, Eutanatos – mówi Raven, odwzajemniając ukłon.
- Eutanatos w naszych murach... – Fujiwara Akiko kręci głową – To wyklucza możliwość, że zamierzasz dołączyć do Kannangra, Shin-kun?
- Nie pozwolę zgolić mu włosów – wyrywa się Ravenowi.
Mniszka śmieje się.
- Och, Shin-kun, twoje skłonności zabłądziły podwójnie.
- Na to wygląda – przyznaje się Shin pokornie.
Jesteśmy w podróży poślubnej – myśli Raven – i właśnie odwiedzamy dalszą rodzinę, prosząc o błogosławieństwo.
I błogosławieństwo nadchodzi, nieoczekiwanie.
- No cóż, cieszę się, że wszystko skończyło się tak dobrze, Shin-kun.
- Dziękuję, Akiko-sama – Shin gorliwie schyla głowę, sięgając czołem podłogi.
Raven zastanawia się jak wyglądał, kiedy był mnichem. Młodszy, pewnie nieco bardziej kościsty, z czarnymi włosami ledwo co odrastającymi na ogolonej czaszce. W pomarańczowej szacie i z różańcem. Nie ta osoba, nie Shinsuke, bez którego Raven nie umie wyobrazić sobie życia. Inny czas, inna epoka, inne życie.
Jak bardzo – myśli – ufa mi, skoro chce, żebym podążał za nim oglądać to, co z tego innego życia pozostało.
Śnieg pokrywa spadzisty dach twierdzy, śnieg pokrywa dziedziniec. Grupa nastoletnich chłopców ćwiczy, nie zważając na warunki atmosferyczne. Większość z nich Śpiąca, większość z nich nigdy się nie Przebudzi, ale to nie przeszkadza, by odebrali staranne wykształcenie. To możemy w Bractwie Akashic podziwiać – myśli Raven. – I w Zakonie Hermesa, i w Niebiańskim Chórze. Staranne szkolenie akolitów. Większość z tych dzieci zna sztuczki niedostępne dla zwykłego Śpiącego
Ale coś przeraża go jednak w tych szeregach chłopców, ćwiczących uderzenia i uniki. Są jak armia. A armia musi kiedyś pójść na wojnę? Z kim?
- Mistrz Kao był tu tydzień temu – mówi Fujiwara Akiko. Idzie obok Shina, malutka, zgarbiona, wsparta na długiej lasce. Ona już nie jest wojowniczką, ale zachowała wszystkie moce, co czyni ją niebezpieczną... Tak, naprawdę przypomina Ravenowi Nagendrę. – Pytał o ciebie.
Shin prycha.
- Jeśli Kao chce ode mnie czegoś, niech sam przyjdzie. Wie, gdzie mnie znaleźć.
- Może boi się mnie – podsuwa Raven.
- Albo pana, albo Won Mei Chen, albo samego Shinsuke... Poparcie, które ma ten człowiek jest zbyt kruche, żeby ryzykował jakąś nieostrożność.
- Wiesz, Shin, politycznie to wy knujecie na poziomie Zakonu Hermesa, naprawdę...
- A wy nie będziecie, Esteban? Teraz, po śmierci Voormasa i Królowej Mieczy...
Raven kręci głową. Wzmianki o polityce doprowadzają go do białej gorączki. Nie chce mieć z tym nic wspólnego, choć wie, że prędzej czy później go to czeka, że będzie musiał coś zrobić, opowiedzieć się po czyjejś stronie, że obiecał Danielowi pomoc z jego Aditianami, a Aditianie albo staną się siłą wspierającą Radę, albo kartą przetargową dla walczących magów. Raven nie chce o tym myśleć. Nie teraz.
- To miała być – przypomina – przyjemna wycieczka.
Fujiwara Akiko skłania się głęboko.
- Proszę nam zatem wybaczyć.
Raven odwzajemnia ukłon. Shin nauczył go tego razem z podstawami japońskiego, ale Raven i tak czuje się dość niezręcznie.
- Jest jednak pani – mówi – jedną z tych osób, które powinienem był spotkać wcześniej. Miałbym więcej wiary w Bractwo Akashic.
- Rozumiem – kobieta kiwa głową. – Chroniłam Shinsuke. Ja, Won Mei Chen i Kawamoto Katsuhiro.
A Shinsuke złamał wszystkie zasady, przyprowadzając sobie kochanka – Amerykanina z latynoskim nazwiskiem, mężczyznę, Eutanatosa.
Więc nie rozmawiają już o polityce, ograniczając się do zwiedzania klasztoru. Raven czuje, że spotkał go wielki zaszczyt. Widzi miejsca, które mało kto z jego tradycji miał okazję zobaczyć. Jest tu obcy – wszystkie oczy skupiają się na nim, słyszy szepty za plecami. Gdyby nie szacunek dla tego miejsca i jego mieszkańców, sprowokowałby więcej szeptów, obejmując Shina w pasie i przyciągając do siebie, czemu nie? Może gdzie indziej, kiedy indziej...
Fujiwara Akiko proponuje im nocleg w sandze. Shin wykręca się.
- Dziękujemy, Akiko-sama, ale mamy rezerwację gdzie indziej, nie tak daleko... poza tym, chyba ściany są tu za cienkie – śmieje się, swobodnie, nieskrępowany tą niezbyt dyskretną aluzją. Wygląda, jakby ubyło mu lat – może nie całych trzynastu, ale wystarczająco dużo, żeby jego uśmiech nabrał młodzieńczej niewinności.
- Co to za miejsce, nie tak daleko, z niecienkimi ścianami? – pyta Raven.
Schodzą ze wzgórza, niebo nad nimi ciemnieje coraz bardziej, śnieg nie przestaje padać. Shinsuke idzie lekkim, płynnym krokiem, z twarzą uniesioną ku niebu. Białe włosy falują na wietrze. Jest uduchowiony, jakby święta atmosfera klasztoru oczyściła go z kolejnej sporej części skazy. Obraca się niemal tanecznym ruchem.
- Zobaczysz. Zawsze chciałem tam pojechać. I teraz jadę z tobą.
- Oczywiście. Tak – Raven nie może więcej powiedzieć, oczarowany. Stojąc tak w śniegu i wietrze jego kochanek wydaje mu się nieziemską istotą.
Miejsce jest rzeczywiście niedaleko – jest tradycyjnym hotelem wybudowanym przy gorących źródłach, zadbanym i lśniącym niemalże nowością. Na eleganckim parkingu stoi kilka drogich samochodów.
- Było tu ładniej kiedyś – mówi Shin z żalem w głosie.
- Tak czy inaczej, jest ładnie nadal – odpowiada mu Raven.
W środku jest o wiele lepiej, niż na zewnątrz. Hotel zbudowany jest z kamienia i drewna, Łagodne oświetlenie nadaje wnętrzu ciepłego charakteru. Ściany ozdobione są kaligrafiami, w kącie, przy recepcji stoi ikebana.
Shin podchodzi do blatu, zaczyna rozmowę, odbiera klucze. Potem ciągnie Ravena za sobą, do pokoju, wyjaśniając przy okazji kilka rzeczy.
- Onsen jest zbiorowy, więc bez czułości.
- Czy do tego wchodzi się nago?
- Tak.
- A ty chcesz, żebym się nie podniecał?
- Esteban, ile masz lat?
- Trzydzieści osiem, ale...
- Więc umiesz nie zachowywać się jak napalony nastolatek.
- Jesteś okrutny!
- Jestem. Pamiętaj: Oni-no-Shin – śmieje się, otwierając drzwi.
Zostawiają bagaże – skromne, bo skromne. Zabierają tylko to, co znajduje się w wyposażeniu pokoju – ręczniki i drewniane tabi, w których Raven nigdy nie nauczył się poprawnie chodzić – co nie oznacza, że nie próbuje.
Przedsionek onsenu to miejsce, gdzie należy się umyć – bo trzeba być czystym wchodząc do basenu, kąpiel to relaks i przyjemność, tłumaczy Shin, zdejmując ubranie. Jego zdolność do spokojnego rozbierania się nigdy nie przestaje Ravena zadziwiać – to widok, który w założeniu ma być aseksualny, ale dla niego... nie, dla niego nigdy aseksualny nie będzie. Mimo to Raven stara się zachować neutralnie, spokojnie i nie zerkać w stronę smukłego ciała przyjaciela – doskonale znanego, co jednak nie przeszkadza, bo Shinsuke jest, w oczach Ravena przynajmniej, idealny.
Budzą zainteresowanie innych gości, zgromadzonych w basenie – kilku młodych biznesmenów, starszej pary, zapewne małżeńskiej. Dziwne byłoby, gdyby nie budzili – wyglądają w końcu niecodziennie: dobrze zbudowany ganjin z kolczykiem w lewej brwi i japończyk o ciele pokrytym paskudnymi bliznami i idealnie białych włosach. Obaj wyglądający na ewidentną parę – co do tego Raven nie ma wątpliwości, zresztą niechęć Shina do publicznych czułości nie wynika z ukrywania natury ich relacji, a z japońskiej etykiety.
Woda jest gorąca i chwilę czasu zajmuje przywyknięcie do niej – ale jakże miły i niecodzienny kontrast stanowi jej ciepło z chłodem powietrza. Onsen znajduje się na świeżym powietrzu, kamienny basen, stylizowany na naturalny, otoczony jest bambusowym płotem. Ponad ogrodzeniem widać gałęzie drzew, nagie w tej chwili. To dziwne uczucie – kąpiel na świeżym powietrzu w środku zimy. Dziwna jest świadomość własnej nagości i japońskiego braku skrępowania. Nikt nie czuje się tu nieswojo, nawet kobieta w średnim wieku.
Ciepła, słonawa woda odpręża. Raven myśli, że najchętniej zapadłby w błogi sen. Jego mięśnie rozluźniają się samoczynnie. Wzdycha zadowolony.
- To genialny pomysł.
- Mimo wszystko? – pyta Shin. Mokre włosy gładko oblepiają jego czaszkę. Raven myśli, że jako mnich też musiał wyglądać pięknie...
- Och, jeśli tu nie zasnę, reszta wieczoru też będzie ekscytująca.
Rozmawiają przyciszonym głosem, ale widać, że grupka młodych biznesmenów przysłuchuje im się z niejakim zainteresowaniem. A podobno Japończycy są taktowni.
- Nie zaśniesz, Esteban. To nie jest miejsce do zasypiania.
- Wiele razy byłeś w gorących źródłach?
- Nie licząc wanny Hjordis? Jestem pierwszy raz. Wiesz, najpierw był klasztor, potem szkolenie, potem jakoś nie miałem czasu, a potem... Ale cieszę się, że jestem tu z tobą.
Palce Shina pod wodą szukają dłoni kochanka i – przypadkiem lub celowo – znajdują zamiast niej udo. Raven uśmiecha się.
- A mieliśmy być grzeczni...
- Wypadek. Nie myśl sobie zbyt wiele.
- Oczywiście, niemniej jednak czekam na następne punkty programu.
- Kolacja, Esteban. Jeśli zjemy ją w jadalni, będziemy mogli liczyć na jakiś program artystyczny. To porządny onsen i na pewno mają tu gejsze.
- A jeśli nie zjemy jej w jadalni?
- Możemy poprosić o przyniesienie nam jedzenia do pokoju.
- Jestem za. Nie mam ochoty patrzeć na gejsze.
- Gdzie się podział twój biseksualizm?
- Pomyślmy... ostatni raz widziałem go jakiś... miesiąc temu?
Rzeczywiście, dostają kolację do pokoju, co pozwala im szybko umknąć przed wzrokiem pozostałych gości. Raven jest zadowolony, odprężony po długiej kąpieli, czuje się niesamowicie czysty. Ma na sobie tylko miękki, biały szlafrok – Shin również i ta świadomość jest niezwykle podniecająca. Obaj ciągle mają wilgotne włosy i prawdopodobnie łamią właśnie kolejne zasady etykiety, siedząc, zupełnie nieprzepisowo, na futonie i podając sobie nawzajem kawałki jedzenia. Gdyby ktoś z zewnątrz ich widział, uznałby, że zachowują się niewiarygodnie głupio, ale im nie przeszkadza to w najmniejszym stopniu. Tego im zapewne potrzeba – momentu, w którym wszystko, co działo się z nimi przez ostatnie lata schodzi na plan dalszy i zaczyna liczyć się tylko długie, swobodne teraz.
Potem taca z resztkami jedzenia i pustym czajniczkiem po herbacie wędruje na bok, a oni zaczynają się całować, pierwszy raz tego dnia. Nie śpieszą się nigdzie. Ich pierwsze stosunki były szybkie, gwałtowne, jak pierwszy posiłek osoby długo cierpiącej głód. Dopiero potem przyszedł czas na powolne eksploracje, pocałunki długie i staranne, przeciąganie każdego zbliżenia.
Raven pomału rozchyla szlafrok partnera. Ciało Shina zawsze będzie dla niego olśniewające – mimo blizn, a może właśnie dzięki nim, bo, paradoksalnie, ta sama siła, która zniszczyła ich obu, połączyła ich. Całuje więc ślady po nożach, szczypcach, szpikulcach i wszystkich innych narzędziach tortur, z czułością, z szacunkiem, ze współczuciem. Przez moment, przesuwając wargi po krawędzi olbrzymiej blizny na piersi Shina, Raven myśli o dziewczynie, której dłoń tego dokonała. Biedna Theora, narzędzie w rękach Voormasa... Sama przeszła część tych samych tortur i, podobnie jak Shinsuke, zdecydowała się zachować blizny. Teraz i ona jest już całkowicie wolna... Raven z całego serca życzy jej, żeby i ona znalazła kogoś, kto pomoże jej pozbyć się resztek cienia, kogoś, kto będzie ją kochał...
Gdzieś poniżej śladu po ręce i nożu Theory, nad podbrzuszem partnera, Raven uświadamia sobie, że jest coś, czego nigdy Shinowi nie powiedział – wyjąwszy tę na poły żartobliwą przysięgę wypowiedzianą dziś rano.
- Kocham cię – mruczy, wtulając twarz w białe włosy łonowe.
I natychmiast przechodzi do potwierdzania swoich wyznań, zatapiając palce i usta między uda. Nie daje Shinsuke wiele czasu ani możliwości na odpowiedź, nie dziś, nie teraz. Gładzi jego pachwiny, pieści językiem całą długość coraz sztywniejszego członka, ale to tylko wstęp... Jest bowiem jedna rzecz, która sprawia, że Shin mięknie i roztapia się. Raven rzecz jasna uwielbia go też dominującym, gdy Shin przyciska go do ściany z siłą, jakiej wydaje się przeczyć jego delikatna uroda, lub gdy wiąże mu nadgarstki jedwabnym szalikiem, lubi też te chwile, kiedy dominującą pozycję trzeba ustalić chwilą szamotaniny, pozorowaną walką... Teraz jednak Raven wsłuchując się w coraz głośniejsze jęki kochanka, unosi jego biodra i przywiera ustami obszaru tuż za jądrami.
Shinsuke zaciska palce na futonie, ugina nogi w kolanach. Język Ravena przesuwa się wolno między jego pośladkami, drażniąc, niepokojąc, aż w końcu trafia na odbyt, i teraz Shin nie jest już zdolny do jakiejkolwiek aktywności, poza napięciem jednych mięśni i rozluźnieniem innych i wydawaniem z siebie serii nieartykułowanych dźwięków.
Raven mógłby go doprowadzić do orgazmu samym tylko rimmingiem – wie o tym, ale to zostawi na kiedy indziej. Jedną dłonią pieści więc penis kochanka, drugą zaś po omacku szuka torby, którą zostawili gdzieś w pobliżu i butelki z olejkiem, tego prezentu, który ofiarodawca kazał im odpakować dopiero w domu. Och, jak śmiali się, wyjmując go z opakowania...
Olejek ma świeży zapach. Trochę zielonej herbaty, trochę sosny. Jest chłodny i przyjemnie śliski. Raven wylewa go sobie trochę na dłoń, chlapiąc zapewne na futon, bo trudno przeprowadzić taką operację jedną ręką, z twarzą między pośladkami partnera. Ale chce, żeby przerwa była jak najmniejsza, żadnych palców, tylko język szybko i sprawnie zastąpiony członkiem.
Uda Shinsuke zaciskają się Ravenowi wokół bioder, ciało, sprawne, silne i giętkie, unosi się do siadu, ramiona obejmują szyję. Shin ma usta tuż przy uchu swojego kochanka, ociera się torsem o jego tors, nabrzmiałym, pulsującym penisem – o brzuch. Pomiędzy kolejnymi jękami udaje mu się wyartykułować dwa słowa – jednym jest imię Ravena, drugie to japoński odpowiednik tego, co Raven powiedział wcześniej. Potem jego usta przywierają do szyi partnera, wysysając na niej malinkę.
Znajdują wspólny rytm – wolny, ale mocny. Kołysząc się tak, opleceni sobą nawzajem, przedłużają stosunek, znajdując przyjemność w samym ocieraniu się o siebie, w chrapliwych dźwiękach, duszonych skórą kochanka, wpijaniu sobie nawzajem palców w ramiona i biodra. Synchronizują się i w końcu dochodzą razem, razem popadając w omdlenie i osuwają się, zdyszani, spoceni i poplamieni spermą, na futon. A kiedy odzyskują przytomność umysłu, po prostu leżą, patrząc na siebie bez słów, bo to, co najważniejsze, zostało już powiedziane i wszystko inne zepsułoby tę chwilę.
Nad ranem Raven wymyka się z pokoju i długo, mieszanką angielskiego i kiepskiego japońskiego, negocjuje z obsługą zamknięcie onsenu na jakiś czas – co prawda małżeństwo śpi nadal, a rozrywkowi młodzi biznesmeni mają kaca, ale są rzeczy, których nie należy robić bez zapłacenia obsłudze za nadprogramową wymianę wody w basenie. A Raven za bardzo jest zdeterminowany, za bardzo chce kochać się z Shinsuke w tej gorącej, słonej wodzie, na świeżym powietrzu, w zimnej mgle poranka. To zbyt ekscytujące doświadczenie, by nie spróbować. Shin zgadza się z tym, kiedy przed wejściem do basenu myją sobie wzajemnie plecy – czynność higieniczna i długa, spokojna gra wstępna zarazem, dająca okazję do całowania karku kochanka i serii komplementów, od niewinnych, aż po te przekraczające już granicę perwersji, wywołujące mrowienie całego ciała i nieuchronnie prowadzące do erekcji.
W końcu gorąca woda obejmuje ich, a oni obejmują siebie nawzajem, roztapiając się znów w sobie, świadomi, że mogłoby to trwać wieczność, że trwa to wieczność – w ich umysłach, do których sięgają teraz, po raz pierwszy otwierając się na siebie inaczej, niż tylko cieleśnie.
W jakiś sposób to jest podróż poślubna, choć to nie jest doskonały termin, bo sugeruje zupełnie inny układ, nie oddając faktycznej sytuacji ani tego wszystkiego, czego ta sytuacja jest następstwem i konsekwencją. Raven myśli o przysiędze. Wypowiedzieli ją żartem, ale więcej w niej było prawdy, niż myśleli. Miłość aż do śmierci i spotkanie w następnym życiu? Czemu nie. Zasłużyli na to, tak samo, jak zasłużyli na ten seks w basenie.
Śniadanie jedzą w hotelowej restauracji. Para małżeńska kłóci się o coś, grupka młodych biznesmenów wciąż nie wygląda dobrze.
- Dzięki za wycieczkę – mówi Raven, wsypując drugą łyżeczkę cukru do kawy z mlekiem.
- To ja powinienem dziękować za to, że zechciałeś mi towarzyszyć.
- Jeszcze się nie przyzwyczaiłeś? Nie ma takiego miejsca, gdzie nie pójdę za tobą. Widziałeś to, a dziękujesz mi jakbym...
- Czasem – przerywa Shin – sprawy osobiste są trudniejsze, niż wojna.
Myśli o Ryuuichim. Myśli o klasztorze.
- Myślisz, że nie wiem?
- Jeśli jest coś, z czym pragniesz się rozliczyć...
- Grób Karen. I tak, chcę, żebyś pojechał ze mną.
- Z przyjemnością i szacunkiem oddam hołd twojej żonie.
Raven uśmiecha się.
- A potem – mówi – możemy już w spokoju zbudować dom.
I wcale nie wydaje mu się to banalne.


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Powrót do góry  

  Post  - Wysłany: Pon 22:58, 28 Maj 2012  
Leeni
Moderator działów
Moderator działów



Dołączył: 25 Kwi 2012
Posty: 167
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Tczew
Płeć: Kobieta


Cześć. Dla odmiany postanowiłam skomentować jakieś opowiadanie własne i padło na ciebie. Z góry przepraszam, że trafiło cię takie nieszczęście.

To może najpierw błędy, już tradycyjnie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz albo nie wiesz, co to ja znowu wymyślam - pytaj.
An-Nah napisał:
Onimura Shinsuke w zaułku, poszarpane, okaleczone ciało, po którym ledwo co można poznać płeć, wieku i rysów twarzy – w ogóle.

...płeć, a wieku...

An-Nah napisał:
Ochłap mięsa, ledwo co przypominający ludzką istotę.

Bez przecinka.

An-Nah napisał:
I tylko oko, jedyne ocalałe, wpatrujące się w Ravena z uporem, z wolą życia, która wręcz przeraża, zważywszy na stan nieszczęsnego ciała.

W jednym miejscu masz dwie spacje.

An-Nah napisał:
Onimura Shinsuke przyglądający się kroplom własnej krwi, nie dostrzegający intruza, dopóki ten się nie odezwie.

niedostrzegający

An-Nah napisał:
Wiało już wtedy, oczywiście, zawrócony z granicy między życiem, a śmiercią przesiąkł zimnem zaświatów, ale żeby przylgnęło ono do niego aż tak bardzo?

Bez przecinka po życiem.

An-Nah napisał:
Odważył się podejść do tej zimnej rzeźby z kości, nie dlatego, że chciał seksu, ale żeby dowiedzieć się.

Bez pierwszego przecinka.

An-Nah napisał:
Potem, wieczorem, wymyka się z dojo, czując się koszmarnie – ta gościnność, której udzielił mu Shinsuke jest w końcu czymś nadzwyczajnym, bezcennym...

Przed jest przecinek.

An-Nah napisał:
Raven nie może jednak wytrzymać – pożądanie wraca falami, pomimo wszelkich starań.

Bez przecinka po falami.

An-Nah napisał:
Kiczowaty wystrój niemal budzi w nim śmiech, lecz to ma mniejsze znaczenie, niż fakt, że chłopak ma delikatną twarz i długie, miękkie włosy.

Bez przecinka po znaczenie.

An-Nah napisał:
To nie powinno się było zdarzyć, to nie zdarzyło się nigdy dotąd, przez całe dziesięć lat...

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Ale przecież, nie można pozwolić, by trwała w nieskończoność...

Bez pierwszego przecinka.

An-Nah napisał:
Onimura Shinsuke rozbierający się wolno, mechanicznie. Na oczach Ryana Shade i Szymona Kubiaka – to beznamiętna prezentacja, nic ponad to.

Masz podwójną spację.

An-Nah napisał:
I blizny, blizny wszędzie, każda jest świadectwem jednej zadanej rany, każda przypomina Ravenowi o krwawym strzępie ciała, znalezionym przez Karen w alejce.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Raven czuje się kimś obcym, choć wie, że w jakiś sposób bliższy jest Shinsuke bardziej, niż ktokolwiek.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Białowłosa głowa nachyla się, język przesuwa pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Mogliby zabijać ją całe miesiące, tak, jak próbowali zabić Shinsuke.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Własną dłoń, poruszającą się niemal mechanicznie, sploty żył pod cienką skórą.

Bez pierwszego przecinka.

An-Nah napisał:
Shin wie, że powinien mu podziękować, za uratowanie życia.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Zna sposób, wie czego chce teraz.

Po wie przecinek.

An-Nah napisał:
Mylił się, oczywiście, ale cieszy się, że się mylił.

ale cieszy się z tego.

An-Nah napisał:
Wtedy, dwanaście lat temu zrobił coś niewyobrażalnie okropnego, ale dowiedział się o tym dopiero na drugi dzień.

Po temu przecinek.

An-Nah napisał:
Shin słysząc to, czuje, jakby rozpadał się na kawałki.

Po Shin przecinek.

An-Nah napisał:
Wie, że musi jej bronić, że zasłużyła na lepszy los, niż śmierć lub unicestwienie duszy.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Tak długo, jak długo ci, którzy go okaleczyli pozostają bezkarni, Shin ma zachowywać ascezę.

Po okaleczyli przecinek.

An-Nah napisał:
Niewiele brakuje by dystans między nimi zmalał.

Przed by przecinek.

An-Nah napisał:
Poprzedniego wieczora kochają sie po raz pierwszy od tamtego desperackiego czynu sprzed dwunastu lat – z tak niesamowitą czułością i namiętnością, że w chwili orgazmu, słysząc swoje imię, Shin myśli, że umrą obaj z rozkoszy.

Po pierwsze się, a po drugie... Nie można tak! Mieszasz czasy. Następnego wieczora, bo poprzedniego to przeszłość.

An-Nah napisał:
Raven wysuwa sie z niego, z jękiem opada na materac.

się

An-Nah napisał:
Udaje mu sie tylko dopaść przyjaciela, nim nad ich głowami rozpętuje się piekło.

się

An-Nah napisał:
To nie jest przyjemne spotkanie, ani trochę i obaj czują ulgę, gdy wychodzą z mieszkania Ryuuichiego.

po trochę przecinek.

An-Nah napisał:
Ravenowi trudno sie przyznać, ale przez chwilę naprawdę bał się, że Shin chce go zostawić.

się

An-Nah napisał:
W takim razie, zostaw mnie samego na dwie godziny.

bez przecinka

An-Nah napisał:
I teraz jadą, obserwując krajobraz za oknem, Japonię zimą, a Ravea zastanawia się, co planuje Shin.

Raven

An-Nah napisał:
Zatrzymuje się, patrząc na sanghę – bardziej średniowieczny japoński zamek zawieszony na skale, niż zwykły buddyjski klasztor.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Jeden z mnichów – och, ja podobni są do siebie, wszyscy ubrani na pomarańczowo, z ogolonymi głowami, różnią się jedynie wiekiem, Shin też tak kiedyś wyglądał – prowadzi ich do przełożonej klasztoru – starej kobiety o twarzy pomarszczonej jak rodzynka.

jak podobni

An-Nah napisał:
Fujiwara Akiko kręci głową – To wyklucza możliwość, że zamierzasz dołączyć do Kannangra, Shin-kun?

Po głową kropka.

An-Nah napisał:
- Dziękuję, Akiko-sama – Shin gorliwie schyla głowę, sięgając czołem podłogi.

Po sama kropka.

An-Nah napisał:
Raven zastanawia się jak wyglądał, kiedy był mnichem.

Przed jak przecinek.

An-Nah napisał:
Większość z tych dzieci zna sztuczki niedostępne dla zwykłego Śpiącego Ale coś przeraża go jednak w tych szeregach chłopców, ćwiczących uderzenia i uniki.

Nie masz kropki.

An-Nah napisał:
Poparcie, które ma ten człowiek jest zbyt kruche, żeby ryzykował jakąś nieostrożność.

Po człowiek przecinek.

An-Nah napisał:
W środku jest o wiele lepiej, niż na zewnątrz.

Bez przecinka.

An-Nah napisał:
Hotel zbudowany jest z kamienia i drewna, Łagodne oświetlenie nadaje wnętrzu ciepłego charakteru.

Łagodne z małej.

An-Nah napisał:
Ściany ozdobione są kaligrafiami, w kącie, przy recepcji stoi ikebana.

Bez ostatniego przecinka.

An-Nah napisał:
Ma na sobie tylko miękki, biały szlafrok – Shin również i ta świadomość jest niezwykle podniecająca.

Po również przecinek.

An-Nah napisał:
Teraz jednak Raven wsłuchując się w coraz głośniejsze jęki kochanka, unosi jego biodra i przywiera ustami obszaru tuż za jądrami.

Po Raven przecinek.

An-Nah napisał:
Język Ravena przesuwa się wolno między jego pośladkami, drażniąc, niepokojąc, aż w końcu trafia na odbyt, i teraz Shin nie jest już zdolny do jakiejkolwiek aktywności, poza napięciem jednych mięśni i rozluźnieniem innych i wydawaniem z siebie serii nieartykułowanych dźwięków.

Bez przecinka po aktywności.

An-Nah napisał:
- Czasem – przerywa Shin – sprawy osobiste są trudniejsze, niż wojna.

Bez przecinka.

No dobra, to teraz ta przyjemniejsza dla ciebie część.
Bardzo miło mi się czytało, choć pierwszej części nie zrozumiałam do końca. Masz lekki, wypracowany styl, piszesz zgrabnie i fajnie się to czyta - wielki plus za to masz u mnie. Dalej - jest dużo osób, które nie mają talentu do scenek lub po prostu nie chcą ich pisać, ale ty nie należysz ani do pierwszej, ani do drugiej grupy. Wiadomo, że opisywanie seksu to trudna i wymagająca wprawy dziedzina, więc tym bardziej ci gratuluję.
Nie będę się rozpisywać, bo mądra nie jestem, i nie za dobrze tekst zrozumiałam, aczkolwiek powinnaś wiedzieć, że podobały mi się ciepłe relacje między bohaterami i twoje rozwinięcie akcji.
Leniś


Post został pochwalony 0 razy
 
Zobacz profil autora
Powrót do góry  

  Forum Strona Główna -> +18 -> [M] Obrazy + Podróż sentymentalna +18 Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)  
Strona 1 z 1  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

   
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  



fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin